Strona główna » Terlikowski: Idzie demograficzne tsunami... Uratować nas może tylko wiara

Terlikowski: Idzie demograficzne tsunami... Uratować nas może tylko wiara

„Niż zabije uczelnie” - alarmuje „Gazeta Wyborcza”. W roku 2020 (to znaczy za osiem lat) studentów będzie tak mało, że wszyscy pomieszczą się na uczelniach publicznych. Tego, co będzie za lat dwadzieścia, „GW” nie porusza, ale bez ryzyka błędu można przypuszczać, że i publiczne uczelnie będą upadać. Z braku studentów.



O tym, że od kryzysu ekonomicznego niebezpieczniejszy jest kryzys demograficzny piszę od dawna, podobnie jak o tym, że żadnych Stanów Zjednoczonych Europy (o nich w „Rzeczpospolitej” snuje wizje Bartosz Jałowiecki) nie będzie, bo nie będzie zjednoczonych Europejczyków, których wyprą bardziej płodne nacje. I im więcej o tym piszę, tym bardziej przekonuje się, że ten proces umierania Europy, a także Polski jest nieunikniony. Polityki prorodzinne, pronatalistyczne nie mogą tego zmienić. Istota problemu jest bowiem nie polityczna, a egzystencjalna. Nam Europejczykom odechciało się żyć tak bardzo, że nawet dzieci nas nie cieszą.



Przyczyn można szukać w rozmaitych kwestiach. Nie bez winy jest Bismarck i jego system emerytalny, swoje dołożyły także państwa socjalne, które sprawiły, że rodzina przestała być potrzebna jako gwarant pomocy. Ale najistotniejsza jest przemiana w naszym myśleniu. Krótkowzroczne myślenie, skoncentrowanie na szybkich i łatwych przyjemnościach, a także ograniczenie perspektywy życiowej do doczesności (bez wizji życia pozagrobowego, dla którego także warto się męczyć) sprawiły, że ludzie coraz częściej dochodzą do wniosku, że zalety życia rodzinnego (szczególnie wielodzietnego) nie rekompensują trosk, problemów i wysiłku, jaki jest z nim związany. Skrajny indywidualizm sprawia także, że przestaje nas już interesować nie tylko dobro społeczne, ale także ciągłość naszego rodu czy rodziny. A uznanie, że jedynym miejscem samorealizacji jest praca zawodowa wyprowadza kobiety z domu i uniemożliwia tworzenie przestrzeni przyjaznej wielodzietności (która często wyklucza się z pracą).



Żłobki, przedszkola (których nota bene w Polsce nie ma) nie zmienią tej sytuacji. Mogą one skłonić osoby bezdzietne do posiadania jednego dziecka, czy rodziców jednego dziecka do posiadania drugiego, ale nie sprawią, że nagle staniemy się na tyle otwarci na dzieci (aby przyrost naturalny stał się dodatni przynajmniej połowa kobiet musi mieć przynajmniej trójkę dzieci), by zatrzymać wymieranie naszego kraju i całego Starego Kontynentu. Tu potrzebne jest odrodzenie wiary. I nie chodzi tu o głęboką teologię, o kolejne wielkie tomy, ale o... autentyczną wiarę w Bożą Opatrzność, w to, że dziecko – każde, także siódme, dwunaste czy osiemnasta – jest darem Bożym, i że Bóg dając mu życie pomoże nam zatroszczyć się o nie. Wiara oznacza także, że wiemy, że nasz wysiłek (niewątpliwie wielodzietność jest wysiłkiem, ale wbrew pozorom mniejszym niż się to wydaje z perspektywy jednego dziecka czy – co jest układem najbardziej wymagającym – dwójki), nasze zaangażowanie, nasze rezygnacje – mają sens wieczny...



Ale aby taka wiara stała się możliwa konieczne jest głębokie uzdrowienie, tak indywidualne jak i społeczne. Czytając wpisy internetowe pod informacjami o rodzinach wielodzietnych, a nawet niektóre komentarze po informacjami o tym, ile ja sam mam dzieci (a przecież przy czwórce dzieci trudno mówić o wielodzietności), nigdy nie mogę wyjść z podziwu, ile nienawiści i bezinteresownej agresji rodzi fakt posiadania większej niż przeciętna liczby dzieci. Internauci piszą o dzieciorobach, co nie umieją się zabezpieczyć, o wyciąganiu ręki do państwa, plują na prawo i lewo. I choć internet rodzi agresję, to szczerze mówiąc nie spotkałem się z takimi samymi opiniami (i dobrze) wobec ludzi z jednym dzieckiem czy bezdzietnych. Oni agresji nie budzą. Ta wrogość, nienawiść wręcz ma zatem inne, niż czysto internetowe źródła. Widać ją zresztą nie tylko w internecie. Wielodzietni budzą niechęć także otoczenia realnego. Jeden z ojców mojego znajomego, który ma (znajomy nie jego ojciec) siódemkę dzieci powiedział, że nie przyznaje się do liczby wnuków, bo to obciach. Innym czterodzietnym znajomym nie pomagają rodzice (zamiast tego pomagają siostrze, która ma jedno dziecko), bo – jak twierdzą – narobiliście tyle dzieci, to się o nie sami troszczcie. Tyle mocnych historii. Ale codziennością każdej większej rodziny są ogromne oczy i odradzanie, gdy wspomina się o tym, że to może nie być ostatnie dziecko...



Skąd taka niechęć? Dla mnie nie ulega wątpliwości, że jest ona skutkiem – na poziomie społecznym – głębokiego zespołu poaborcyjnego. Dzieciofobia jest jednym z jego objawów, a jej najczęstszym objawem jest wrogość wobec tych, którzy nie cierpią na niechęć do dzieci. Innym, nie mniej istotnym powodem tego zjawiska, jest mentalność antykoncepcyjna, która dotyka niemal każdego z nas. Jej istotą pozostaje przekonanie, że dzieci są zagrożeniem, że odbierają nam one wolność, że trzeba się przed nimi zabezpieczać. I zabezpieczamy się. Gdy zaś ktoś pokazuje, że można być szczęśliwym, zadowolonym z życia, choć wielodzietnym, że to nie pieniądze a dzieci są znakiem błogosławieństwa, to budzi to w nas zazdrość, a za nią idzie złość na tych, którym zazdrościmy.



Wiara i uzdrowienie skutkować zaś musi – jeśli odwrócić mamy trend demograficzny, ale przede wszystkim, jeśli mamy powrócić do chrześcijaństwa autentycznego, a nie nowoczesnego, zawłaszczonego przez liberalne światopoglądowo myślenie – odrodzenie ojcostwa. Upadek męskości, niechęć mężczyzn do odpowiedzialności to bowiem także niezwykle istotny powód, dla którego w niepamięć odchodzi duża, wielodzietna rodzina. Aby mogła ona istnieć potrzebny jest mężczyzna, o którym wie się, że nie wymieni on żony na nowszy model. A to wymaga powrotu do – także społecznie egzekwowanej i niekiedy wymuszanej – monogamii. W kulturze, w której to rozwód jest normą – nie ma miejsca na wielodzietność. Ta ostatnia wymaga bowiem wierność, a także (co ciekawe) ją buduje. Wielodzietne małżeństwa rozpadają się wielokrotnie rzadziej niż te bezdzietne czy z jednym dzieckiem.



Czy tak głębokie zmiany są jeszcze w Europie możliwe? Szczerze mówiąc wątpię. Ale też coraz mniej mnie to interesuje. My chrześcijanie bowiem, gdy widzimy, że imperium tonie, że nasza cywilizacja umiera, mamy obowiązek zająć się ratowaniem chrześcijaństwa, a nie imperium. To zaś wymaga przemiany własnego życia, nawrócenia, życia zgodnie z wyznawanymi wartościami i wychowania w zgodzie z nimi dzieci, i wreszcie mówienia o tym, co najważniejsze. A przede wszystkim sprawowania Eucharystii i dzielenia się Nią z wszystkimi, którzy są spragnieni wody żywej. Europy pewnie w ten sposób nie uratujemy, ale uratujemy własne dusze, a także odkryjemy radość, jaką jest współdziałanie w Boskim dziele stworzenia.


Tomasz P. Terlikowski

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/terlikowski:_idzie_demograficzne_tsunami..._uratowac_nas_moze_tylko_wiara_17717






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334