Strona główna » Przystanek Alaska

Przystanek Alaska

PIOTR JUNGIEWICZ: W emitowanym jakiś czas temu serialu „Przystanek Alaska” przedstawiony jest dylemat lokalnego grabarza, który usiłuje przewidzieć w lecie, ilu mieszkańców umrze przed następną wiosną. Musi bowiem wykopać odpowiednią ilość grobów, zanim ziemia zamarznie na kamień. Jeśli wykopie ich za dużo - nikt mu za nie zapłaci, będzie się męczył za darmo. Ale jeżeli wykopie za mało - katastrofa, nie będzie jak pogrzebać kolejnego zmarłego.

Wątek mógłby się wydawać odległy i z lekka komediowy, gdyby nie niepokojąca analogia. Czy przypadkiem nie podobnie finansowane jest leczenie szpitalne w Polsce ? W komunizmie funkcjonował system planowy, z którego drwili wszyscy normalnie myślący ludzie. Ale chyba nawet w komunizmie nie wymyślono czegoś równie idiotycznego jak planowanie ilości zachorowań, które w konsekwencji prowadzi do tzw. „nadwykonań”, zaś dla przeciętnego obywatela i potencjalnego pacjenta jest przestrogą, żeby nie ważył się chorować bez planu, a już zwłaszcza na przełomie roku. Bo wtedy - Przystanek Alaska !

Ktoś rozumny zwrócił niedawno uwagę, że tzw. ubezpieczenie zdrowotne nie jest żadnym ubezpieczeniem, bo przecież ubezpieczenie skutkuje niezwłocznym świadczeniem w razie potrzeby. A tymczasem do wielu specjalistów, a zwłaszcza zabiegów, mamy kolejki, często wielomiesięczne i dłuższe. Co prawda kolejki do specjalistów w dużej mierze powiększa ZUS, każąc co pół roku weryfikować renty, ale z zabiegami operacyjnymi jest już gorzej. Czy zdajemy sobie sprawę, że te kolejki są istotną częścią uczciwie liczonego DŁUGU PUBLICZNEGO ?

Jednak gdy chodzi o polityczną poprawność, pieniądze znaleźć się muszą. W warunkach braku środków na prawdziwe leczenie, obecny rząd i jego lewicowa niby-opozycja forsuje pomysł finansowania ze środków podatnika procedur zapłodnienia pozaustrojowego. Nie każdy musi się zgadzać z poglądami Kościoła i licznych osób staroświeckich, że in vitro jest niedopuszczalne, bo nie wolno produkować i selekcjonować LUDZI. Ale każdy myślący chyba przyzna, że jest sprzeczne z naturą (czyli nieekologiczne - czyżby dlatego Zieloni byli za?) i że nie jest w ogóle żadnym leczeniem (a zwłaszcza leczeniem bezpłodności), a więc finansowanie go z budżetu ministerstwa zdrowia jest z punktu widzenia logiki naruszeniem Konstytucji. No chyba, że jak wielokrotnie powtarzałem, in vitro ma być leczeniem marzeń. W takim jednak wypadku poproszę o rezerwację sporej sumy również dla mnie, mam bowiem kilka marzeń, na których spełnienie brak mi pieniędzy.

A chodzi o wielkie środki. Koszt jednej „procedury” in vitro ma wynieść co najmniej 25 tysięcy złotych. To kilkadziesiąt do stu znieczuleń okołoporodowych na przykład. Te się jednak jakoś kobietom rodzącym w tradycyjny sposób nie należą. Kiedyś można było zapłacić za takie znieczulenie z własnej kieszeni - teraz już podobno nie, bo ma być równy dostęp, pardon „niedostęp” do świadczeń medycznych. Moja dzielna Żona urodziła pięcioro dzieci, korzystając i nie korzystając z tego znieczulenia. I mogłaby sporo powiedzieć o różnicy. Ale cóż - cierpienie uszlachetnia ! Chyba, że jest to cierpienie „nieposiadania” drugiego człowieka, no wtedy trzeba koniecznie coś zrobić. Ale tu uwaga - stosując taką samą logikę, trzeba będzie zrobić następny krok, administracyjnie "żeniąc" osoby, które nie ze swojego wyboru nie znalazły partnera/partnerki. A stąd już tylko jeden krok do "wspólnych żon", które marzyły się marksistom.

Wracając do finansowania prawdziwego leczenia - można by napisać książkę, nie krótki artykuł, o zagadnieniu naciągania dokumentacji przez szpitale z jednej strony, a idiotyzmie niektórych procedur i monopolistycznym finansowaniu leczenia przez NFZ z drugiej. Kiedyś były kasy chorych, też niedoskonałe, ale przynajmniej miały jakiś cień szansy konkurować między sobą. Potem rząd lewicowy je zlikwidował głównie dlatego, że tworząc NFZ od nowa, mógł go obsadzić swoimi ludźmi - kasy były bowiem opanowane przez AWS i UW. Teraz mamy nowe pomysły władzy na rozwiązanie problemu - np. dodatkowe „ubezpieczenie”, mające rzekomo skrócić kolejkę do świadczeń. Warto zwrócić uwagę, że ci dodatkowo ubezpieczeni mieliby się leczyć na tych samych zasobach sprzętowych i ludzkich co pozostali, nie w jakimś odrębnym, osobno utworzonym systemie. Zatem matematycznie biorąc, nie chodzi o żadne skrócenie kolejki, tylko o jej przemieszanie - płacący dodatkowo przesuną się na przód, płacący tylko składkę podstawową do tyłu, czyli będą czekać dłużej niż do tej pory. Prawdziwe skrócenie kolejki jest możliwe jedynie przy istotnym zwiększeniu zasobów (i oczywiście środków) jakie są do dyspozycji. A przecież system będzie finansowany nadal prawie wyłącznie ze środków publicznych, w tym samorządowych. Coś jak z płatnymi autostradami: najpierw podatnik ma wybudować autostradę, potem zaprzyjaźniona firma będzie pobierać opłaty za przejazd. Fajne, prawda? Absolutnie nie jestem przeciwny działalności prywatnej w różnych dziedzinach. Ale szalenie niebezpieczne jest zawsze mieszanie prywatnego z publicznym - najczęściej służy to pompowaniu publicznych środków do wybranych prywatnych kieszeni, czyli mówiąc starym językiem - korupcji. W nowomowie nazywa się to chyba partnerstwo publiczno-prywatne.

Jeszcze poważniejszy jest dylemat, jaki ma stanąć przed szpitalami i samorządami w związku z zadłużeniem. Nie leczyć czy zadłużać ? A rząd ma już pomysł, odbiegający trochę od równości wobec prawa - oddłużymy, ale tylko tych, co się „skomercjalizują” (słowa „prywatyzacja” lepiej nie używać, za to kandydat Kaczyński stanął przed sądem :-(. I znowu - nie chodzi mi o to, że prywatny szpital jest zasadniczo niedobry, choć trzeba pamiętać, że "nadwykonań" on po prostu nie przyjmie, żeby nie zbankrutować. Obawiam się natomiast, że tę operację chcą przeprowadzać mistrzowie „prywatyzacji” z pierwszej połowy lat 90-tych. Młodsi pewnie nie pamiętają, ale sprzedawano wtedy przedsiębiorstwa w oparciu o ustalenia niejawne (nazywało się to „wybór inwestora strategicznego”), bez udziału wolnego rynku i najczęściej za drobną część ówczesnej wartości. Tamta ekipa znowu dzisiaj jest rdzeniem partii rządzącej. I nigdy nie przeprosiła za ówczesny gigantyczny skok na wspólną własność, za pozbycie się majątku, za pomocą którego można było skutecznie finansować reformy (np. ubezpieczeń) i budować infrastrukturę w Polsce. Można więc chyba założyć, że uważają, że wszystko w porządku. Czy można im powierzyć „komercjalizację” szpitali i nie patrzeć uważnie na ręce ?

Wielu kandydatów do rad samorządowych przytacza jako dowód swojej poprzedniej czy planowanej skuteczności kilometry asfaltu. Jest to prosta, materialistyczna wizja. Drogi widać, dziury w drogach czuć codziennie. Dodając do tego specyficzny kult, jakim wielu Polaków otacza samochody, temat jest niezawodnie nośny. I oczywiście to prawda, że drogi są ważne dla gospodarki i naszej satysfakcji. Jednak pamiętajmy, że najważniejszy dla wspólnoty jest człowiek, jego bezpośrednie dobro, nawet jeżeli jest słabiej widoczne na co dzień. W moim przekonaniu, najtrudniejsze wyzwania, jakie staną przed samorządem powiatowym następnej kadencji, związane są z opisaną powyżej sytuacją szpitali i w ogóle służby zdrowia, a także z sytuacją nauczania na poziomie średnim. Nasza obecna władza radośnie manipuluje przy systemie edukacji i nie wygląda na to, żeby jej celem było podniesienie poziomu wykształcenia absolwentów szkół średnich i wyższych. Może uda mi się napisać o tym kilka słów jeszcze przed wyborami …

Piotr Jungiewicz






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334