Strona główna » Policjo, na mnie już nie licz

Policjo, na mnie już nie licz

Dwie historie z ostatnich dni.

Historia pierwsza. Celebrytka i serialowa aktoreczka wraz z dziennikarzem TVN Turbo testują luksusowe auto. Postanawiają zamienić się miejscami za kierownicą, wobec czego zatrzymują się nieprzepisowo na przystanku autobusowym, a dziennikarz nieostrożnie otwiera drzwi na oścież. Ruszający z przystanku autobus te drzwi poważnie uszkadza. Na miejscu pojawia się drogówka, która na widok aktoreczki oraz dziennikarza dostaje orgazmu i karze mandatem wyłącznie kierowcę autobusu. Ten zresztą też jest przeszczęśliwy, ponieważ aktoreczka dała mu autograf dla córki. Dopiero po paru dniach pojawiają się pytania o postępowanie policjantów, a wypowiedzi ekspertów od ruchu drogowego są jednoznaczne: celebrytka i jej samochodowy cicerone też powinni byli dostać mandat.

Historia druga. W Katowicach hiperprofesjonalny oddział antyterrorystów ma zatrzymać groźnego przestępcę. Policjanci przeprowadzają profesjonalne rozeznanie: pytają „pracownika administracji” (czyli zapewne ciecia), gdzie mieszka przestępca. Cieć się waha i w końcu wskazuje źle. Ale wiadomo – skoro inny cieć pełni ważną funkcję rządową, to generalnie cieciom ufać trzeba. Antyterroryści wpadają do mieszkania i leją zastanych tam kobietę oraz mężczyznę. A gdy ci zostali już porządnie złojeni, sprawdzają im dokumenty i oto – wot siurpryza! – okazuje się, że to nie ci. Całkiem jak w tej scenie z „Nie ma róży bez ognia” (http://www.youtube.com/watch?v=u8aoMR9bVng&feature=related od 7 min.) – „Zenek, to nie ten, idioto”. Bareja po raz kolejny okazuje się twórcą ponadczasowym.

Oczywiście policja przeprosiła, a jakże, ale też zaznaczyła, że lokatorzy nie tego mieszkania nie chcieli współpracować, stąd elementy użycia siły. Znaczy – mieli dołożyć sobie sami, coby się funkcjonariusze nie musieli męczyć?

Przez wiele lat w wielu głośnych sprawach w swoich komentarzach stawałem po stronie policji, choć wiedziałem, że to struktura – zwłaszcza na centralnym szczeblu – tkwiąca często nadal w Peerelu, głównie za sprawą ludzi.

Jednocześnie miałem cały czas w pamięci przeczytaną już dość dawno temu książkę „Przełom” Williama Brattona, dziś już legendarnego komendanta policji nowojorskiej, który z Nowego Jorku – miasta przyjaznego przestępcom zrobił miasto przyjazne ludziom. Widziałem, że nawet jeśli zdarzali się komendanci główni, którzy oficjalnie potwierdzali, że dokonania Brattona znają, a książkę czytali (był nawet taki, który zalecił ją komendantom wojewódzkim jako lekturę obowiązkową), to jest to tylko tzw. lip service. Nigdy się nie zdarzyło, żeby którykolwiek z szefów polskiej policji wprowadził w życie którąś z naczelnych zasad organizacyjnych, jakie w NYPD wdrażał Bratton.

W pamięci miałem zwłaszcza jedną z głównych reguł Brattona: zero tolerancji. Z tym że większość interpretowała to jedynie jako „zero tolerancji” wobec nawet drobnych wykroczeń, podczas gdy dla Brattona znaczenie tej frazy było podwójne. Oznaczała ona także zero tolerancji wobec samych funkcjonariuszy, jeżeli przekroczą przepisy i złamią zasady.

W Polsce ta reguła, jak to często bywa, stoi na głowie. Są policjanci, którzy trwają w zawieszeniu przez kilka lat, jeżeli oskarży ich o współpracę jeden bandyta. Ale gdy zdarza się sprawa, która wynika ewidentnie z winy policjantów – jak w Katowicach – to szefowie robią wszystko, żeby nie przyznawać się do winy i nie zapłacić ani złotówki odszkodowania.

Resztki mojego kredytu zaufania dla polskiej policji wyczerpały się 11 listopada ubiegłego roku. To, co zaprezentowała policja głównie na Placu Konstytucji, a także słynne sceny z gliniarzem po cywilnemu, kopiącym po głowie spokojnie idącego człowieka, sprawiły, że nie jestem już w stanie traktować policji w jakiejkolwiek sprawie jako instytucji godnej zaufania.

Dwie na początku przywołane historie, choć z całkiem innych dziedzin działania policji, są o tyle symptomatyczne, że dają całościowy obraz kultury instytucjonalnej tej instytucji. Pierwsza pokazuje, że równe traktowanie obywateli przez policję to fikcja. Drogówka, która – to tajemnica poliszynela – dostaje odgórne normy liczby mandatów do wystawienia, ma w istocie głęboko gdzieś bezpieczeństwo na drogach, a jej naczelnym zadaniem jest zasilanie budżetu jak najmniejszym kosztem, czyli głównie z wykorzystaniem radarów. W sytuacji, do jakiej doszło w Warszawie, zwykły Kowalski dostałby nie tylko mandat za zatrzymanie się na przystanku i brak należytej ostrożności przy wsiadaniu do auta, ale jeszcze za gaśnicę bez aktualnej homologacji i brudną tablicę rejestracyjną. Oraz zapewne zatrzymano by mu dowód rejestracyjny za zniszczone drzwi. No, ale na widok redaktora Kornackiego i aktoreczki Sochy nasi twardziele miękną. Może nie bez znaczenia jest fakt bliskiej współpracy TVN Turbo i policji drogowej, zwłaszcza warszawskiej? Ręka rękę myje.

Druga sprawa jest bardziej przerażająca. Raz, że to nie pierwsza taka historia, a policja, jak widać, nie wyciąga z poprzednich żadnych wniosków. Dwa – że okazuje się, iż oddział uzbrojonych po zęby bysiów, którzy mogą łatwo w trakcie interwencji złamać komuś kręgosłup albo wybić oko, robi profesjonalne rozeznanie przed akcją, rozpytując ciecia. A następnie ustami niezwykle twarzowego rzecznika broni się, że napadnięci – tak to należy nazwać – nie chcieli współpracować. Teraz poszkodowanych czekają prawdopodobnie lata rozpraw, bo tego typu spraw policja nigdy nie załatwia, jak należy. Zawsze walczy do upadłego, broniąc swojego rzekomego profesjonalizmu. Wydaje się organicznie niezdolna do przyznania się do błędu.

Te dwie sprawy przypieczętowują zmianę mojego stosunku do polskiej policji. Nie mam do niej zaufania, uważam ją za instytucję bardziej niebezpieczną dla obywateli niż im pomagającą, nieefektywną i zdemoralizowaną.

Polska policjo, na moje wsparcie w mediach już nie licz.

http://lukaszwarzecha.salon24.pl/401371,policjo-na-mnie-juz-nie-licz

 






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334