Strona główna » Olszewski: Jaka Polska w 20 lat po...

Olszewski: Jaka Polska w 20 lat po...

– Nikt nie pamięta, że myśmy przejmowali odpowiedzialność za polską gospodarkę i za budżet państwa w sytuacji głębokiego kryzysu, pozostawionego przez politykę Balcerowicza. Koniec roku 1991 to był moment, w którym Międzynarodowy Fundusz Walutowy zawiesił stosunki z Polską w związku z tym, że w Polsce się drukowało puste pieniądze. Myśmy to opanowali. 
Z Janem Olszewskim, premierem rządu RP w latach 1991–1992, rozmawia Kajus Augustyniak. 

– Mija dwadzieścia lat od upadku Pańskiego rządu. W jednym z wywiadów powiedział Pan: „Los tego rządu był przesądzony już w momencie jego powstania”. Dlaczego?

– To jest oczywiście ocena z dzisiejszej perspektywy. Wtedy robiliśmy wszystko, co było możliwe, a wydaje mi się, że udało nam się zrobić także wiele rzeczy niemożliwych. Ale w tamtym momencie nie mieliśmy rozeznania ogólnej sytuacji państwa.
– Moim zdaniem mój rząd znalazł się w sytuacji konfrontacyjnej z bardzo wpływowymi grupami interesów i bardzo znaczną częścią tzw. elity – nie tylko postpeerelowskiej, ale i części tej elity postsolidarnościowej, która stała na gruncie kontynuacji „okrągłego stołu”. Dotyczyło to przede wszystkim prywatyzacji, sposobu dysponowania mieniem państwowym. Jedną z moich pierwszych decyzji jako premiera było wstrzymanie w 1992 roku wszystkich transakcji prywatyzacyjnych, już częściowo dopiętych i przygotowanych od strony interesów ludzi, którzy byli z tym związani. Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że to był teren bardzo zasadniczej konfrontacji, która nieuchronnie musiała nastąpić, bo myśmy po prostu zagrażali paru bardzo poważnym grupom interesów.

– Czyli naprawdę chodziło o wielkie pieniądze?

– Chodziło o majątek państwowy, który wtedy podlegał żywiołowej, w żaden sposób nieuregulowanej prywatyzacji. Myśmy bardzo jasno postawili sprawę: najpierw musi być przeprowadzona ustawa reprywatyzacyjna, żeby z realnego majątku, przynajmniej w jakiejś mierze, kiedy to jeszcze było możliwe, zaspokoić roszczenia byłych właścicieli, a po tym ten majątek rzeczywiście sprywatyzować – w sposób, który by zapewnił maksymalny udział ogółu obywateli w tym procesie. Na moje zlecenie przystąpiono do opracowania całego kompleksu ustaw w tej sprawie. Niestety, nie zdążyliśmy tego zakończyć. Te ustawy, a zwłaszcza ta o akcjonariacie narodowym, zostały wniesione do sejmu już po upadku rządu przez klub Ruchu dla Rzeczpospolitej i tam zostały zablokowane do końca kadencji. Nigdy później już do tego nie wracano. I do dzisiaj mamy nieuregulowane sprawy reprywatyzacji i prywatyzacji – tak jak to powinno być z punktu widzenia tych grup interesów, które znalazły się z nami w konfrontacji.

– A czy z punktu widzenia tych grup nie była to realizacja jakichś porozumień o oddaniu władzy politycznej przez komunistów w zamian za znaczne korzyści ekonomiczne? Dużo się wtedy o takiej możliwości pisało i mówiło. Czy to mógł być taki interes?
– Być może, gdzieś tam za kulisami następowały tego rodzaju porozumienia. To jest bardzo prawdopodobne. Ja w tym nie uczestniczyłem. Myślę też, że ogromna większość polskiego społeczeństwa wolałaby zupełnie inną formułę prywatyzacji, taką, która by ten majątek, będący przecież wynikiem wspólnego dorobku, maksymalnie chroniła i czyniła go efektywnym. Spójrzmy choćby na to, co się stało w przemyśle stoczniowym. Według naszej koncepcji, miał on być dźwignią polskiego przemysłu, kołem napędowym pewnej koniunktury. Szanse na to były zupełnie realne, ale to by spowodowało, że wiele stoczni europejskich, np. niemieckich, będących w tym czasie również w tarapatach, musiałoby wypaść z rynku. One działają do dzisiaj, ale polskiego przemysłu stoczniowego już nie ma.

– Można z tego wnioskować, że te grupy interesów były mocno związane z ośrodkami zagranicznymi, niekoniecznie tylko z Moskwą?

– Oczywiście. Przecież przejmowaniem polskiego majątku byli zainteresowani nie tylko, że tak powiem, tubylcy.

– Wtedy zadał Pan dramatyczne pytanie: „Czyja będzie Polska”…

– Formułowałem je właśnie w tej perspektywie, kiedy rząd był odwoływany. I ono, jak się zdaje, znajduje dzisiaj odpowiedź.

– Gdyby dziś padło to pytanie, co by Pan odpowiedział?

– Odwołam się tylko do realiów. W obowiązującym porządku państwowym właściwie nie uczestniczy połowa społeczeństwa – z takich czy innych przyczyn, ale one istnieją. To samo z siebie jest atestem polskiej demokracji. Taki układ pozwala koalicji rządzącej sprawować rządy absolutne przy pomocy poparcia mniej niż jednej czwartej społeczeństwa.

– Czy Pana zdaniem taką sytuację można zmienić, odwrócić?

– W jakiejś perspektywie to jest nawet nieuchronne, ale kiedy to nastąpi? To już jest kwestia politycznych horoskopów.

– W jednym z wywiadów powiedział Pan, że wpierw musi odejść to pokolenie, które wtedy rządziło, było beneficjentem zmian.

– To dotyczyło zasadniczych zmian w Polsce, zupełnego odejścia od państwa komunistycznego, którego porządek na polskiej scenie politycznej trwał prawie pół wieku, więc trudno przyjąć, że nie zostawił żadnych śladów. Ale istnieje pewna specyfika polskiej mentalności, polskiej kultury, która gdzieś świta, trwa w podglebiu społecznym i co pewien czas daje znać o sobie w sposób bardzo ewidentny, bardzo spektakularny. Przecież w całej Europie Środkowo-Wschodniej Polska była jedynym krajem, który się oparł kolektywizacji. A nie było wtedy siły politycznej, która by to reprezentowała, to był żywiołowy opór polskich chłopów, który skutecznie zastopował system narzucany przez Związek Radziecki. Tak samo polską specyfiką było utrzymanie wpływu i pozycji Kościoła. Zjawiskiem zupełnie w tym obszarze geograficzno-politycznym niespotykanym był rozmiar zmian związanych z polskim październikiem, a później z oporem polskich robotników. Rok 1976 to były nie tylko Radom i Pruszków, to był żywiołowy strajk generalny. Tak naprawdę to już on zakończył system Gierka, bo choć ten przetrwał jeszcze cztery lata, to już wtedy było wiadomo, że to tylko kwestia czasu. A później zjawisko Solidarności, tego dziesięciomilionowego związku, który powstał w ciągu dwóch tygodni. To są zjawiska charakterystyczne dla polskiej historii. To jest pewna wskazówka na przyszłość.

– Dziś mało kto pamięta, że to Pański rząd uznał za cel strategiczny wstąpienie Polski do NATO i ocalił posowieckie tereny wojskowe przed systemowym przejęciem przez rosyjsko-polskie spółki…

– A przede wszystkim o całej sferze ekonomicznej. Nikt nie pamięta, że myśmy przejmowali odpowiedzialność za polską gospodarkę i za budżet państwa w sytuacji głębokiego kryzysu, pozostawionego przez politykę Balcerowicza. Koniec roku 1991 to był moment, w którym Międzynarodowy Fundusz Walutowy zawiesił stosunki z Polską w związku z tym, że w Polsce się drukowało puste pieniądze. Myśmy to opanowali.

– Czy właśnie to uznaje Pan za największe osiągnięcie tego rządu?

– Powiedziałbym, że z niego jestem najbardziej zadowolony. Nie wiem, jak dziś wyglądałaby Polska, gdyby wtedy nie udało nam się tego opanować.

– A co dziś uznałby Pan za najważniejsze wyzwania dla Polski z punktu widzenia władzy?

– Przede wszystkim dostosowanie porządku konstytucyjnego. W znacznej części to z niego wynika apatia społeczna i pewnego rodzaju załamanie państwa, z którym mamy do czynienia. Aparat państwowy jest tak skonstruowany, że dochodzi do wzajemnego blokowania różnych działań. Przed nami są także wyzwania związane ze zmianami dokonującymi się w Europie i z nową formułą naszego uczestnictwa w zmieniającej się Unii Europejskiej. Z punktu widzenia porządku prawnego i konstytucyjnego, ale także od strony struktur państwowych, Polska jest do tego kompletnie nieprzygotowana.

http://tysol.salon24.pl/423482,olszewski-jaka-polska-w-20-lat-po






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334