Strona główna » Migracja o świcie

Migracja o świcie

W sobotę po Wielkanocy odwoziłem żonę na busa, który bardzo wcześnie rano wyjeżdżał z naszego powiatowego miasta na południowym wschodzie Polski do Krakowa. Pusty, mokry od deszczu plac przed dworcem kolejowym zapełniał się powoli samochodami, w końcu zrobił się spory tłok. Myśleliśmy już, że podróż do Krakowa będzie odbywała się w ścisku, gdy z ciemności wypłynął olbrzymi autobus, z nazwą kierunku: Francja/Hiszpania.

Rośli młodzieńcy i dorodne dziewczyny, których średnia wieku niewiele przekraczała 20 lat, powoli zapełniali autobus jadący na Zachód. Nie zauważyłem wśród pasażerów nikogo, kto przekraczałby trzydziestkę. Polska młodzież, po zjedzeniu z rodzicami i dziadkami święconego jajeczka, wracała na stanowiska mozolnej pracy, by pomnażać zasoby tych narodów, które już wcześniej nie narzekały na ich brak.

A przecież tylko praca rodzi bogactwo. Oczywiście praca celowa i pożyteczna, której owoce są potrzebne innym, bo np. tak zwana „praca” prawie półmilionowej armii urzędników w Polsce często nic pożytecznego nie wytwarza, dobrze, jeżeli nie utrudnia pracy rzeczywistej. Jednak trudno sensownie i wydajnie pracować, kiedy brakuje narzędzi, kiedy nie ma miejsc pracy - a tych Polskę i Polaków metodycznie pozbawiono, sprzedając za bezcen, najczęściej obcym, naszą substancję przemysłową, przekazując nieruchomości kolesiom, oddając w niejasnych okolicznościach banki i kontrolę nad nimi. Demolując całe przydatne branże, również takie, w których liczyliśmy się nawet w czasach komunistycznych. Przy tym, co bardzo interesujące, przez wiele lat starannie unikano rzeczywistej reprywatyzacji, czyli zwrotu majątku produkcyjnego rodzinom tych, do których on niegdyś należał (jak choćby firmę Wedel czy browar w Żywcu). Poprawne politycznie media plotły wtedy coś o „interesie społecznym”, skoro jednak jednocześnie popierały wyprzedaż za bezcen, powstaje uzasadnione podejrzenie, że „prywatyzatorom” po prostu zależało, aby jak najmniejsza część substancji produkcyjnej wróciła w ręce ludzi, którzy mogli się czuć z Polską związani i starać się działać na jej korzyść.

Opowiadano nam przy tym banialuki o wolnym rynku, o kapitale, który nie ma ojczyzny, o końcu historii, oraz o naszym na wieki już bezpiecznym schronieniu pośród zamożnych i solidarnych narodów Europy. „Alle Menschen werden Brüder - wszyscy ludzie będą braćmi” - jak słyszymy w „Odzie do Radości”, oficjalnym hymnie Unii Europejskiej. Starano się jednak nie przypominać znanej od stuleci prawdy, że nawet w rodzinie nigdy nie traktuje się poważnie braci bezmyślnych i nieodpowiedzialnych, którzy bezsensownie przepuścili odziedziczony po rodzicach majątek. Nie łudźmy się dzisiaj - może i bracia Niemcy oraz bracia Anglicy nie pozwolą Polakom paść z głodu, zwłaszcza, że już teraz, pod presją Azji i Afryki, pilnie potrzebują demograficznego wsparcia pochodzącego z nacji zbliżonych do nich genetycznie i kulturowo. Szczególnie młode Polki mogą w tym kontekście liczyć na przyjazną asymilację. Ale jednego możemy być pewni - nasi mądrzejsi i poważniejsi bracia nie będą się z nami jako suwerenną nacją liczyli i nie będą nas słuchali, choćbyśmy wprowadzili w Polsce walutę euro już w następnym kwartale po kursie dziesięć do jednego. Państwa, które nie chce i nie potrafi chronić własnych obywateli, od Prezydenta i najwyższych urzędników swoich zaczynając, a na najsłabszych kończąc, nie warto po prostu słuchać.

Nie można jednak całej winy zrzucać na ludzi sprawujących wtedy i teraz władzę. Bardzo wielu Polaków z pokolenia dzisiaj średniego zachłysnęło się po roku 1990 tym pozorem dobrobytu, wynikającym z konsumowania naszych zasobów trwałych. Znam przypadki osób, które mogąc bardzo tanio wykupić na własność swoje mieszkanie, wolały za te pieniądze kupić kolorowy telewizor. Albo osób, które sprzedając gospodarstwo po zmarłej babci, zamiast kupić choćby maleńkie mieszkanie dla dziecka, nabyły nowy samochodzik, na który nie byłoby ich inaczej stać. A już mnóstwo było współuczestników prywatyzacji firm, osób którym rzucono trochę akcji, po których spieniężeniu mogli sobie kupić sprzęt AGD, pojechać na wakacje na gorące wyspy, czasami nawet pozwolić na nowy samochód. Dziś po wakacjach zostały blade fotografie i jeszcze bledsze wspomnienia, samochody i inne sprzęty pożarła rdza - a zlikwidowanych w wyniku zawsze nierozumnej i często bandyckiej „prywatyzacji” fabryk i zakładów w większości już nie ma. Póki w Europie panowała dobra koniunktura, skutki tamtych błędów były mniej widoczne. Dziś, w kryzysie, kiedy okazało się, że mądre narody chronią przede wszystkim własny kapitał i własne miejsca pracy, Polakom nie zostało zbyt wiele do obrony.

Niektóre teorie spiskowe twierdzą, że istnieją plany znacznego zmniejszenia zaludnienia terytorium pomiędzy Bugiem a Odrą. Nie wiem, czy są prawdziwe, ale wygląda, jakby były. Wszak nasz aktualny porządek czyści Polskę z Polaków tak skutecznie, że wobec niego Hitler okazał się amatorem w zwalnianiu „przestrzeni życiowej” na przyjaznej równinie pomiędzy Odrą a Bugiem. Ponad 600 tysięcy Polaków w Anglii, prawie pół miliona w Niemczech, ponad 100 tysięcy w Irlandii i prawie 100 tysięcy we Włoszech - to tylko cztery największe skupiska nowej emigracji w UE. W mojej ulicy, obejmującej kilkanaście domów, widziałem w święta dwa samochody na tablicach brytyjskich, jeden z Niemiec i jeden ze Szwajcarii. A przecież większość młodzieży przyjechała na te święta olbrzymimi autobusami.

Istnieją poważne wyliczenia, że Polacy mają jeszcze najwyżej 15 lat, aby odwrócić negatywne trendy i nie wyginąć jako nacja. Na razie, dopóki ilość osób w wieku „produkcyjnym” przeważa, mamy jeszcze przynajmniej teoretyczną możliwość, aby mieć wiele dzieci i jednocześnie utrzymać siebie i emerytów. Za 15 lat, „produkcyjni” będą stanowili mniej niż połowę społeczeństwa i wtedy będzie za późno, nawet gdyby warunki zewnętrzne oraz nastawienie Polaków zmieniło się na maksymalnie prorodzinne. Działać trzeba już i to równocześnie na wszystkich płaszczyznach.

Od strony rządu musiałoby to oznaczać zdecydowane wsparcie rodzin w ogóle, a wielodzietności w każdy realny sposób. Czy jednak można liczyć na to w wykonaniu aktualnej ekipy, zwłaszcza, że to jej liderom zawdzięczamy w znacznej mierze opisane powyżej wydziedziczenie ? Premier wypowiada wiele pustych frazesów, ale po stronie faktów mamy na przykład atak podatkowy na uprawnienia wynikające z Karty Dużej Rodziny, którą między innymi pod wpływem Związku Dużych Rodzin 3+ wprowadza coraz więcej samorządów. Może jednak przestanie wprowadzać, jeżeli ulgi samorządowe dla wielodzietnych na przykład na basen czy do kina postara się im zabrać urząd skarbowy, twierdząc, że jest to dochód tych rodzin. Poza kolejnym skokiem na kasę spowoduje to dramatyczny skok biurokracji (kontrola korzystania z ulg wymaga kolejnych urzędników), co w konsekwencji zniechęci samorządy. A w sytuacji dramatu demograficznego atak nawet na tak drobne wsparcie dla rodzin nosi cechy sabotażu. Również sabotażem i to znacznie poważniejszym wydaje się nagłe zainteresowanie rządzącej partii wspieraniem wszystkiego, co rodziną nie jest. Ale to temat na osobny artykuł.

Jednak i po stronie tzw. zwykłych Polaków, zarówno średnio sytuowanych, jak i zamożnych, musiałoby dojść do gruntownych zmian w świadomości. Choćby przez rezygnację z konsumpcji na pokaz, nie popartej realnymi możliwościami. Czy jednak chcemy jeszcze przetrwać, jako Naród ? Może Polacy zmęczyli się już trwającą od kilku stuleci nierówną walką o przetrwanie ? Może, znając pazerność naszych rodzimych, wykreowanych przez pokrętną transformację „byznesmenów” wolą pracować u obcego, który przynajmniej nie oszuka i godziwie zapłaci ? Może są już tak zrezygnowani, że wolą sławną „ciepłą wodę w kranie” zamiast realnego wpływu na własne życie i własny kraj ? To niewolnicza wizja, ale niestety prawdopodobna.

Kiedy wracałem z dworca, było jeszcze ciemno. Wśród krzewów śpiewały ptaki, zniecierpliwione przedłużającą się zimą. Przyleciały tu, do Polski, żeby założyć swoje gniazda i wychować potomstwo. Dla nich Polska jest dostatecznie dobrym miejscem na założenie nowych rodzin. Gdybyśmy jednak wycięli większość drzew i krzewów, ptaki poleciałyby gdzie indziej. Ponieważ nie da się oszukać natury, pasażerowie tego i tysięcy innych podobnych autobusów zaczną, już zaczęli, zakładać gniazda. Czy założą je na Wyspach, w Niemczech i we Włoszech ? Czy ich dzieci będą w tamtych krajach ratować białą rasę przed rosnącą przewagą demograficzną Azji i Afryki ? Czy ostatecznie porzucą kraj rodziców, który zmarnował swoją niezwykłą szansę na suwerenność i rozwój ? Jest coraz mniej czasu, aby odpowiedzieć na te pytania.

P.S. Niedawno publikowałem powyższy tekst w naszej gazetce parafialnej. Pan "edytor" gazetki zilustrował go samodzielnie, miedzy innymi grafikami przedstawiającymi rodzinę. Choć tekst wyraźnie nawiązuje do wielodzietności (co nawet dzisiaj rozumie się jako troje lub więcej dzieci) na wybranych grafikach rodzina składa się z mamusi, tatusia, córki i synka. Nasz "edytor" to dobry człowiek i mocno związny z Kościołem. Ale nawte jemu, jak prawdopodobnie większości Polaków nie mieści się w głowie, że rodzina mogłaby mieć więcej niż dwoje dzieci. Zatem wyginiemy ?

Pedro65






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334