Strona główna » Czego nauczy nas Grzegorz?

Czego nauczy nas Grzegorz?

W domu powieszonego trudno myśleć - a tym bardziej pisać felieton - o czymkolwiek innym niż sznurek. Od wczorajszego popołudnia mój telefon, mejl i poczta głosowa puchną od pytań, co w "Rzeczpospolitej" i czy nadal będę z nią współpracował. Jak na ten moment odpowiedź brzmi po dwakroć: "jeszcze nie wiem".

Jeszcze nie wiem, czy w ogóle dostanę taką propozycję, nie wiem, jak sobie wyobraża właściciel "Presspubliki", Grzegorz Hajdarowicz dalsze funkcjonowanie tygodnika "Uważam Rze", nie wiem, jaką ostatecznie decyzję podejmie dotychczasowy redaktor naczelny, wobec którego poczuwam się do lojalności, i nie mam pojęcia, co właściwie zamierza nowy redaktor naczelny. Znam tylko jego oświadczenie, że gazeta zachować ma konserwatywno-liberalny charakter. I traktuje je równie poważnie, jak niedawne zapowiedzi wspomnianego już Grzegorza Hajdarowicza, że nie chce niczego w gazecie i tygodniku zmieniać, a do całej sprawy podchodzi jako do przedsięwzięcia biznesowego.

Dlaczego w takim razie nie poczekam z tym felietonem, aż więcej będzie wiadomo? Po pierwsze, jako się rzekło, w domu wieszanego trudno nie pisać o sznurku. A po drugie, coś tam jednak wiem, nawet bez dzisiejszego spotkania z właścicielem, na które nie dotrę, bo akurat jadę na z dawna umówione spotkania z narodem do Poznania.

Pan Hajdarowicz na nasz - autorów "Rzeczpospolitej" - list otwarty żachnął się, żeby go publicyści nie uczyli, jak ma robić biznes. Nie miałem i nie mam wcale takiego zamiaru. Przypomina mi się, że na tekst "pan mnie nie będzie uczyć!" jeden z herosów wyobraźni mojej młodości, chandlerowski Phill Marlowe zwykł odpowiadać "ja przyjmuję tylko obiecujących uczniów", ale w tym konkretnym przypadku na nic mi ten greps. Dotychczasowe osiągnięcia nowego właściciela "Rzeczpospolitej" w branży medialnej - tygodnik "Przekrój" i miesięcznik "Sukces" - są wszak powszechnie znane i mówią same za siebie. Zamiast pouczać pana Hajdarowicza, znacznie bardziej ciekaw jestem, czego on nas wszystkich na temat robienia w Polsce biznesu w mediach nauczy, na żywym i bliskim mi ciele tygodnika "Uważam Rze".

Tygodnik ten był bowiem czymś zupełnie nowym na naszym rynku - nie tylko w przekazie, ale także pod względem biznesowym właśnie. Paweł Lisicki stworzył pismo właściwie bez redakcji, a więc i bez kosztów redakcyjnych. Pismo, które wystartowało za skromnych kilka milionów - wedle obliczeń Wielkich Specjalistów (dalej zwanych dla skrótu WS) uruchomienie tygodnika opinii musi kosztować minimum 20 milionów - i zaczęło się bilansować już po kilku miesiącach sprzedaży (wg. WS można się tego spodziewać najwcześniej po roku). I to przy cenie 2,90 zł, o ponad dwa złote mniejszej niż u konkurencji. Wbrew mędrkowaniu WS, powtarzanemu uporczywie przez ludzi niechętnych pismu, głównie z lewicowej konkurencji, nie jest to wcale cena "dumpingowa". U nich by taką była, u nas - nie, i to licząc wyłącznie wpływy ze sprzedaży.

Jak to możliwe? Proszę wziąć do ręki wydany niedawno jubileuszowy numer "Newsweeka". Redakcja strzeliła tam sobie rodzinną fotkę. Widzimy na niej - policzmy - 113, 114... 115 osób! A przy "Uważam Rze" zatrudnione są bodaj tylko dwie osoby, które zajmują się wyłącznie tym tytułem.

Cała prostota i wielkość pomysłu Pawła Lisickiego właśnie w tym, że całą resztę niezbędnej dla tygodnika pracy wykonują osoby, które jednocześnie robią dziennik. Innymi słowy, tygodnik przygotowuje ta sama redakcja, co dziennik, tak jak przygotowuje i - na przykład - magazyn sobotnio-niedzielny. Redakcja dziennika to z zasady między 100 a 200 osób, po kilkadziesiąt w każdym dziale. Jeśli ten dział ma ponad swoje normalne zajęcia w dzienniku dostarczyć dodatkowo jeden - trzy teksty w tygodniu, to nawet nie zauważa, że ma więcej pracy.

Na rynku mediów drukowanych recesja, kurczy się podaż reklam, cierpią na tym wszystkie gazety. WS na ten problem znają tylko jedno rozwiązanie - ciąć koszta! A w polskim systemie podatkowym największe koszty powoduje zatrudnianie pracownika (jak to socjalizmie - najbardziej nie opłaca się praca; nie rozwijam tego wątku, kto ciekaw, znajdzie wszystko np. w analizach Centrum im. Adama Smitha). Więc kolejne restrukturyzacje polegają na zwalnianiu. Robotę, którą robiło dziesięciu, niech robi pięciu, a po roku dwóch, aż w kolejnej restrukturyzacji wylecą i oni. I tu jest jedyny problem, bo ze względów, których z jakichś powodów WS nie są w stanie w swej wielkiej mądrości zrozumieć, po zwolnieniu ostatniego pracownika firma w ogóle przestaje utrzymywać swych prezesów i właścicieli. Jak w tym ruskim kawale o naukowcu, co wyrywał musze nóżki i mówił "pajdzi!" - po wyrwaniu wszystkich nóg mucha głuchnie i przestaje reagować na polecenia menadżmentu.

Paweł Lisicki - niech nagrodą za to będą moje słowa, skoro na inną liczyć nie może - poszedł wbrew opiniom WS. Zamiast "ciąć", postanowił wykorzystać istniejący zespół do stworzenia w ramach istniejących kosztów dodatkowego produktu, bazującego na głównym potencjale gazety, jakim za jego czasów stała się dla czytelnika - powiem z właściwym sobie brakiem skromności - jej opozycyjna wobec władzy linia i zespół tworzących ją publicystów. W efekcie czytelnik dostał tygodnik tańszy i po prostu lepszy, którego sprzedaż - nie mylić z tzw. "rozpowszechnianiem płatnym" - w ciągu pół roku osiągnęła 140 tysięcy z tendencją wzrostową, a wydawca najlepiej się sprzedający na rynku tygodnik, z wręcz genialnym tzw. targetem reklamowym, składającym się, jak pokazało niedawne badanie, głównie z ludzi przed 45. rokiem życia, wykształconych bądź studiujących, przeważnie wykonujących elitarne zawody i znających co najmniej jeden język obcy. Żaden inny tygodnik opinii ani w jednym, ani w drugim parametrze dziś do "Uważam Rze" nie dorasta.

Co z takim nabytkiem zrobi Grzegorz Hajdarowicz, traktując sprawę w kategoriach "czysto biznesowych"? Jak słyszę, pierwszym jego posunięciem jest rozdzielenie stanowisk redaktora naczelnego dziennika i tygodnika. To oznacza nawet nie krok, ale cały skok w tył - wyodrębnienie tygodnika jako osobnej redakcji, a więc wyasygnowanie odpowiedniego budżetu, stworzenie nowych etatów, wynajęcie osobnych pomieszczeń, i tak dalej. Słowem, utratę jednej z istotnych przewag, jakie miał tygodnik nad konkurencją. Wydaje się to oczywistym wstępem do uznania w niedługim czasie, że tygodnik, choć popularny, generuje wydawcy koszty, że koszty te są za duże, i trzeba zastosować jedyną znaną WS metodę zaradczą - zwolnić pracowników, najlepiej wszystkich, a wiodący dziś na rynku tygodnik zamknąć.

Ktoś, kto "wolny rynek" i "biznes" rozumie tak, jak ja, Centrum Adama Smitha czy Paweł Lisicki powie na to, że robienie biznesu przez Grzegorza Hajdarowicza sprowadza się do kupienia kury znoszącej złote jajka po to, aby ją niezwłocznie zarżnąć.

Ale Grzegorz Hajdarowicz, jak sądzę, nie buja w obłokach. Wie, że robi biznes nie w jakimś teoretycznym uniwersum z prac Miltona Friedmana, i nie w jakimś kraju wolnorynkowym w rodzaju USA czy Hong Kongu, ale w III RP czasów Tuska. Grzegorz Hajdarowicz nie jest publicystą, ale praktykiem, ma swoje osiągnięcia w biznesie (jeśli ktoś w moich słowach doszukiwał się ironii, to się grubo myli) i jeśli zakłada, że zarżnięcie kury bardziej mu się opłaca, nadstawianie ręki na złote jajka, to ma realne podstawy tak sądzić.

Nowy właściciel "Presspubliki" wie zapewne, i tego właśnie nas nauczy, że w realiach III RP niekoniecznie opłaca się wydawać pismo chętnie czytane, z doskonałym "targetem" reklamowym. Bardziej może się opłacać wydawanie pisma znacznie mniej czytanego, ale za to podobającego się Czytelnikowi. Nie wspominanemu wcześniej zwykłemu, anonimowemu czytelnikowi, ale Czytelnikowi właśnie, pisanemu wielką literą: temu jednemu, najważniejszemu - domyślacie się Państwo przecież.

To, co w kraju normalnym byłoby wielkim biznesowym atutem, w III RP wręcz przeciwnie. Grono publicystów, które zgromadził w "Rzeczpospolitej" Paweł Lisicki, i które zapewniło sukces "Uważam Rze" u czytelnika, Czytelnika po prostu, jak wieść niesie, doprowadza do pasji. A to ma swoje konsekwencje, które delegaci ministra Grada do spółki "Presspublika" wielokrotnie tłumaczyli brytyjskiemu właścicielowi, zanim nie zdecydował się wreszcie odsprzedać swych udziałów innemu, zaakceptowanemu przez wspomnianego ministra inwestorowi: antyrządowa linia pisma odstrasza reklamodawców.

Czy to trudno zrozumieć? Na Białorusi, kiedy jeszcze wychodziły tam opozycyjne gazety, też nikt się w nich nie reklamował. Byłoby to oczywistym proszeniem się o nieszczęście. Chcecie mieć rano gości z CBA? Czterdzieści siedem kontroli w firmie? Kłopoty z urzędem skarbowym, gminnym, regulatorem waszej branży, prokuraturą, i, no, w ogóle, kłopoty? Zapraszamy do reklamy.

A popatrzcie na taki tygodnik "Wprost". Sprzedaje się to-to jak się sprzedaje, bardziej się rozdaje w tzw. rozpowszechnianiu płatnym czy jako załącznik do taniej płyty z filmem, czytelnika ma jakiego ma - ale patrzcie na wpływy z reklam! W jednym tylko numerze naliczyli koledzy 18 reklam i ogłoszeń spółek skarbu państwa, a przecież nie tylko spółki skarbu państwa chcą, żeby Czytelnik miał o nich dobre mniemanie.

Gdybyż dało się zrobić siłami "Rzeczpospolitej" taki tygodnik, który by zachował 140 tysięcy czytelników i jednocześnie podobał się Czytelnikowi, to by Grzegorz Hajdarowicz nie miał problemu, i w ogóle wszystko byłoby cacy. Ale coś musi wybrać. Co wybierze? Ja, publicysta, nie będę go uczył. Sam dobrze wie, jak się w III RP robi biznes.

Rafał Ziemkiewicz

http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz-mysli_nowoczesnego-endeka/news/czego-nauczy-nas-grzegorz,1714377






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334