Strona główna » Czas Honoru

Czas Honoru

PIOTR JUNGIEWICZ: O jedenastej godzinie, jedenastego dnia, jedenastego miesiąca. Koniec Wielkiej Wojny, w wielu krajach Europy i Ameryki do dziś świętowany. W Polsce - szczególnie, bo to Dzień Niepodległości. Choć formalnie data jest ustalona, nie należy zapominać, że Niepodległość Polski jeszcze przez kilka lat była niepewna i nie zostałaby ocalona, gdyby nie ofiara ludzi, dla których Honor był droższy nawet od życia.

Dzisiaj o takich ludziach wspominał w czasie uroczystości starosta Powiatu Sanockiego. Przypomniał między innymi o Bitwie pod Zadwórzem, słusznie nazywanej Polskimi Termopilami, w której 330 lwowskich Spartan zatrzymało kilkunastotysięczną Konną Armię Budionnego. I choć prawie wszyscy zginęli, odnieśli nie tylko moralne zwycięstwo - Budionny Lwowa nie zdobył, a na odsiecz bolszewikom pod Warszawą - już nie zdążył.

Trochę inaczej, bardziej współcześnie spojrzał dzisiaj na sprawę patriotyzmu ksiądz Proboszcz Sanockiej Fary. Wspomniał co prawda tamte czasy, cytując Jędrzeja Moraczewskiego, jednego z pierwszych premierów Wolnej Rzeczpospolitej, który pierwszą bodajże ordynację wyborczą przygotowywał … 3 dni: " Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili. (...) Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swym życiu najwyższej radości". Ksiądz Proboszcz mówił jednak znacznie więcej o współczesnym patriotyzmie, stawiając przy tej okazji znak równości między nim a czystością sumienia.

Z drugiej strony mamy kampanię wyborczą w całej okazałości. Czyli festiwal obietnic oraz przechwałek - ci co już porządzili i „poradzili” w poprzednich kadencjach chwalą się - głównie tym, ile i skąd kasy zdołali wydrzeć na ten czy inny projekt. I to jest smutne. Doprowadzono nas jako społeczność do takiego stanu, że uważamy za cud mniemany udany skok na ułamek pieniędzy, które sami wypracowujemy, ale ich nie widzimy, bo je nam stale zabiera monstrualny, kontynentalny system redystrybucji (starsi pamiętają, co to redystrybucja, młodzież odsyłam do ekonomii politycznej socjalizmu). Po czym zachłystujemy się tym, że np. Unia dała, Unia dofinansowała itp., zapominając, że Unia nie pracuje i nic nie wytwarza, a tylko oddaje łaskawie część tego, co najpierw zabrała swoim obywatelom. Przyznam, że moim osobistym marzeniem jest zdecydowanie inny system podatkowy – taki, w którym to wspólnota lokalna zbiera sama PODATKI i po odprowadzeniu z góry ustalonego procentu od nich do centrali, sama finansuje WSZYSTKIE potrzeby, które leżą w zakresie jej zadań. Odpowiedzialnie, ale bez łaski. W takim systemie może czasem dwa powiaty musiałyby połączyć siły, żeby utrzymywać jeden szpital. W takim systemie również samorząd wydawałby środki przede wszystkim na skromne, ale skuteczne dzieła, zaspokajające najważniejsze, codzienne potrzeby mieszkańców. Dopiero z ewentualnej nadwyżki finansowałby medialnie atrakcyjne wodotryski (nie, nie chodzi mi o fontannę na naszym rynku - to raczej niewielki koszt). Natomiast centrala (a ostatecznie Unia) obsługiwałaby za swoją część podatków tylko potrzeby nadrzędne, strategiczne dla całego Państwa lub kontynentu. Wtedy jednak centrala pełniłaby rolę służebną, czyli realizowany byłby ideał pomocniczości Państwa i trudno byłoby takiemu Państwu manipulować ludźmi i ograniczać swobodnie ich wolność. Więc pewnie na zmianę prawa szybko się nie zanosi.

Zostawmy zatem marzenia. Na razie trzeba funkcjonować w realnym socjalizmie, jakiego podobno większość z nas chce. Wspólnoty lokalne muszą padać na kolana i prosić o to, co im się w gruncie rzeczy należy. Szpitale są sztucznie zadłużane, (bo ich jedynym „klientem”, narzucającym ceny, jest NFZ) żeby można je było potem sprawnie i za grosze „skomercjalizować”. Powstał nawet w naszej nowomowie medycznej termin „nadwykonań”, który znaczy mniej więcej tyle, że od listopada do grudnia chorować … nie wolno ! Samorządowi zaś zostawia się morderczy wybór: albo nie leczyć, albo zadłużać szpitale dalej.

Kiedyś port w Gdyni, do dzisiaj funkcjonalny, a wtedy strategiczny projekt dwudziestolecia zaprojektowało kilku inżynierów i wybudowało biedne Państwo Polskie bez unijnych funduszy. Dzisiaj nie tylko gazoport w Świnoujściu, ale i załatanie dziury w moście wymaga pomocy zagranicznej. Skoro tak być „musi” to trudno - jednak zdobywanie funduszy powinno być przede wszystkim zadaniem (i ewentualnie zasługą) zarządów i etatowych pracowników samorządów. Oraz pracą dla wyspecjalizowanych pisarzy od tzw. projektów unijnych. I oni ewentualnie (np. kandydaci na burmistrzów czy wójtów, starostowie czy urzędnicy samorządowi) mogą się chwalić, jeżeli potrafią być w takich działaniach pożyteczni i skuteczni.

Zaś najważniejszym zadaniem radnych gminy, miasta czy powiatu jest kontrola sprawujących władzę wykonawczą wójtów, burmistrzów, starostów oraz ich armii etatowych urzędników i okołosamorządowych firm. Radni nie są pracownikami samorządu - są i mają być przedstawicielami obywateli, wybranymi po to, aby strzec wspólnego dobra. Nie zapominajmy, że gdzie przepływają duże sumy, zwłaszcza cudze, albo jak to się w socjalizmie wydaje „niczyje”, tam łatwo o różne pokusy ich niesensownego czy wręcz nieuczciwego zagospodarowania. Zwodniczy termin, wynaleziony bodajże przez lewicę: „rządy fachowców”, nie uwzględnia problemu, który pięknie definiuje w swoich książkach Stephen Covey – cóż nam przyjdzie z bardziej sprawnego wspinania się po drabinie, która jest przystawiona do … niewłaściwej ściany ! Cóż z efektownych projektów, jeśli okażą się bezowocne albo, co gorsza, wpędzą nas w kłopoty. To właśnie zadaniem radnych, czyli przedstawicieli społeczności, jest dbanie, żeby drabina była przystawiona do tej ściany, co trzeba. Jednak z drabiny ciężko dostrzec, czy ściana jest właściwa. Trzeba stanąć z boku, a to skromna i niewdzięczna rola i trudniej się nią później chwalić niż efektowną wspinaczką.

„The tree of Liberty must be refreshed from time to time with the blood of patriots and tyrants.” (“Drzewo Wolności trzeba podlewać od czasu do czasu krwią patriotów i tyranów”.) - powiedział podobno Thomas Jefferson, jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych. Historia Polski uczy, jak bardzo prawdziwe są te słowa. Nawet w tym roku, w czasach formalnego pokoju, krew patriotów została znów rozlana. I może jeszcze tak będzie w przyszłości. Na dzisiaj jednak ważniejsze wydaje mi się przypomnienie, że patriotyzm nie jest możliwy bez czystego sumienia. Bo czy w czas wojny, czy w czas pokoju - nie wszystko jest na sprzedaż i nie wszystko można kupić. A jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to z całą pewnością zapomniał o Honorze. Honor nie ma ceny …

P.S. Nasz 4-letni syn był z nami na uroczystości. Bardzo mocno interesowały go sztandary i w pewnym momencie stwierdził: „Orzeł ma koronę, bo dawniej w Polsce rządzili królowie. A teraz to On jest królem.” Czasem najlepszą lekcję patriotyzmu można otrzymać od małego dziecka.

Piotr Jungiewicz






  • POSEŁ PIOTR URUSKI
  • POSEŁ PIOTR BABINETZ

Biuro czynne
od poniedziałku do czwartku godz.9-16.30

tel./faks: +48 13 4634 334